Piękna chwila moi mili. Dane mi jest opisywać tabakę. To naprawdę wielka rzecz. Można nareszcie usiąść spokojnie, w przytulnym ogrodzie, gdzie czas leniwy i oddać się całym sobą temu jakże miłemu rytuałowi. Spisuję kolejny przepis smaku, do wielkiej księgi "Otabace". Czynię to delikatnie i z jak największym respektem. Czuję się tak naprawdę bardzo mały w porównaniu z zadaniem jakie mnie czeka. Ja tu jestem zgarbionym skrybą, który siedzi w ciemnej pieczy, na swym drewnianym stołeczku. Maczam starannie pióro, a gdy się uda uśmiecham się do siebie w samotności. Trochę oszalałem w tej pieczy, przez te lata, lecz nic się tak naprawdę nie zmieniło. Na nóżkach mam poszarpane spodenki, spadają mi one troszkę z tyłka, gdy się gramolę na moim tronie niewielkim. Włosy mam takie poszarpane, troszku przydługie, no i niemyte czy nieczesane. Nie mam żadnych bucików, lecz w pieczy jest nawet ciepło, przed chwilą co dopiero nałożyłem drewienek do piecyka. Boje się, że świeca może nie wystarczyć, do końca mej małej misji, tego sie boję najbardziej...

Przybyła do nas ze starych Niemiec w drewnianej paczuszce. Przywiózł ją nasz posłaniec konno, jechał wiele dni. Trzeba tu o nim wspomnieć, bo to dzięki niemu mój pan dostał kilkanaście tabak, wyrobu najlepszych rzemieślników od smaku, ze starych Niemiec. Podróż tym razem nie niosła ze sobą żadnych niebezpieczeństw, lecz kilka przygód zdarzyło się dzielnemu jeźdźcowi. Lecz nie pora kochani, wspominać w tym miejscu o nich właśnie. Lecz obiecam wam moi mili, że pewnego dnia gdy będę miał spory zapas wosku, spiszę te wszystkie opowiastki w formie jednej książeczki. Oj skrybo, nie rozwódź się tak bardzo, bo płomienia ci nie starczy!

Pan przybył tu rano dyliżansem, w towarzystwie pięknej damy. Oj może się zdenerwuję, gdy to będzie czytać, lecz jak słyszałem szczekanie psów mych, podłożyłem stołeczek pod okienko, i wówczas - nie uwierzycie! Zobaczyłem jej białą cerę, i tą piękną nóżkę, a na niej o Boże miły wybacz mi, niebieski pantofelek z piękną różyczką! Oj widzę, że dziś będzie trudno o fachowe słowo... Odłożyłem szybciutko taboret na miejsce, lecz gdy biegłem tak niezdarnie, zrzuciłem, oj wybacz mistrzu najczystszy - księgę Platona, którą czytałem do śniadania. I nie mogłem zdarzyć, przy mym kalectwie ustawić taboret na miejsce i jednocześnie podnieść z kamiennej posadzki księgę tego wielkiego filozofa. Zrobił to za mnie mój pan, na myśl o tym aż uszy mi się czerwienią. Pamiętam dokładnie, jak zwykle zagoniony wbiegł po schodach otworzył z łatwością te ogromne drzwi i uśmiechną się z pobłażaniem, widząc mnie zakłopotanego.

"Młody, niemal pachole, przechodzi Alkibiades koło zgromadzenia ludowego. Ma w zanadrzu przepiórkę. Słyszy wrzawę. Pyta po co krzyk? - Uchwalają świadczenia, słyszy w odpowiedzi. Wschodzi, występuje na pomost i samorzutnie zgłasza gotowość do świadczeń. Rozlegają się oklaski. Przestraszona przepiórka wylatuje. Powszechne łowy. Ptaka chwyta na koniec Antiochos, odtąd ulubieniec Alkibiadesa." Mówisz mój kochany skrybo, swą kolejną aluzją, że to ja jestem Alkibiadesem, a ty moim ulubionym jak dotąd skrybą Antiochosem! Brawo, brawo. Mam tu kolejną przepiórkę dla Ciebie, skrybo. Zobaczymy czy tym razem uchwycisz jej ulotność. Panie uczynię co w mej mocy...

I tak oto leży tu przed mną cudowne pudełeczko. Pan mówił, że opisy me podobają sie biesiadnikom, i lubią ich słuchać, dlatego właśnie wybrał mnie spośród plejady innych pisarzy. Czuję się doceniony! Może dostane dodatkową porcję knotów, wosku i opału na zimę, Pan mnie lubi...

Najwyższa pora, otworzyć to cudeńko. Tak, tak skrybo, weź w swe zgarbaciałe dłonie ten brązowy proszek. Dawniej, gdy me powykrzywiane kończyny nie nadawały się do niąchania wprost z nich, używałem drewnianej rureczki, którą własnoręcznie sporządziłem w mej stolarni. Lecz Pan zabronił mi korzystania z niej, mówiąc, iż na salonach nie wypada słyszeć o podobnych metodach degustacji. Ja tam nie wiem, jak jest na salonach, lecz ta technika, którą mnie później nauczył Pan, niuchania wprost z ręki jest przyjemna i nadaje się do degustacji. W ziemi mam skrytkę, a w niej leży wiele skarbów, między innymi ta moja rureczka własnoręcznie rzeźbiona. Oj dawno, jej nie używałem, a kusi mnie czasem. Ale boję się Pana. Cóż, zostało mi porozsypywać tabakę po całym blacie i umazać się po całej twarzy, lecz uda mi się, robię coraz większe postępy. Odłożę na chwilę pióro, moi mili i oddam się ceremonii...

Nie uwierzycie kochani moi najdrożsi! Co ci rzemieślnicy wymyślili w swych cechach niemieckich! Cóż za uszanowanie tabaczników! Dostałem łyżeczkę. Taką malutką, do nabierania tabaczki, z worka. Tak jakby pomyśleli oni o mnie, biednym niedołęgą. Dziękuje wam Panowie, ukłon w Waszą stronę. Cały osprzęt składa się z papierowego pudełka, na które zwłaszcza w Niemczech panuje moda, a szczególnie Pan Bernard lubi nasypywać swe tajne mikstury do takowych właśnie. Szczerze mówiąc, wolę je od tych szklanych butelek, z zakrętką. Jakoś milej w rękach mych trzyma się, papierowe tabakierki. Ale na salonach podobno wolą takie szklane, porcelanowe, z kości wieloryba czy innego stwora. O samym pudełeczku, można by wielką kartę zapisać, bo to istny majstersztyk cechu artystycznego. Może wrócę do niego gdy płomienia mi wystarczy.

Gdy otworzyłem, ten spichlerzyk mały, lekko nadrywając róg papierowy, wyciągnąłem sporo, bo 50 gramowy wór z tabaką. Zawsze jestem ciekaw strasznie, czy nie zostawili tam w środku, jakiegoś prezentu dla mnie. I proszę, odłożyłem wór, obok księgi, ująłem tabakierę właściwą i zajrzałem do środka - a tam na dnie niech mnie czorty biją, leży sobie spokojnie, malutka łyżeczka! No nie spotykany dla mnie twór dotychczas! Zatrzepotałem pudełkiem nerwowo i wyleciała wprost na mą księgę, ta łyżeczka niesforna. Jak żem się ucieszył, na widok takiego kompana mej ceremonii! Zacząłem z miłością obwąchiwać wszystko po kolei, pudełko, woreczek, nawet ten przyrząd. Odpieczętowałem nareszcie sarkofag. Zamknąłem oczy, jak zwykle czynię, by fala zapachu otuliła mą twarz niewielką i powolutku wdarła się do dwóch kanałów, gdzie zostanie należycie przyjęta. Oj panie Bernardzie, oj panie Bernardzie! Gratuluję, padam do pan stóp. Kolejny raz mile zaskoczył mnie powiew najlepszego tytoniu jakiego miałem sposobność zażywać. Trzeba pogratulować rolnikom tegorocznych, upraw. Czuć, jeszcze ciepłe lato roku tego, Pańskiego. Dobrego roku dla nas mój skrybo. Ciepłe promienie słoneczne zamknięto w tej tabakierce. No i zgadza się, wszystko jak Prometeusz pisał, oj Panie Bernardzie, odkryłem choć szczyptę przepisu. Słonce i tytoń, w tym moc waszych zakładów. A co później robicie z tym, że to tak przyjemnie pachnie. O niech was czorty przeklną, że nie wiem. Tyle bezsennych nocy, com się zastanawiał, i nic. Rankiem w odpowiedzi, miałem jeno ciężkie powieki. I dziś dalej nie wiem. Czuć i owszem te słodkie przysmaki stołów i karczm w Niemczech. Lubią leżeć, po różnych szynkach suszone owoce. Wiem bo tam nie jedną butelczynę dobrego piwa opróżniłem, zagryzając właśnie tymi suszonymi specjałami. Raz to spotkać śliwkę można, raz jabłuszko, czy gruszkę. Ale jak ty to szarlatanie uczyniłeś, żeś potrafił zmieszać, słońce, tytoń i zapach owoców i klimat całej tej karczmy wraz z ludźmi w jednym pudełku - tego, choć mnie Ziemia pochłonie nie powiem wam najdrożsi.

Pan Bernard, tak to potrafi zamieszać, że w jego specjałach nie da się do końca odkryć całego aromatu. Słyszałem z opowiastek, kupców na targu, że On sam uczestniczy w całym procesie tworzenia tabaczki! I raz zamiesza, raz wyrzuci, czasem doda jakiegoś specyfiku ze swej papierowej torebeczki, aż nad rankiem biega po całym zakładzik krzycząc: Mam! Mam!

Klostermischung, taki właśnie jest. Słodziutki tytoń, którym nawet wyborni fajczarze, których teraz niemało, nie pogardzili by tym wyrobem. Oj już sobie wyobrażam, jakby smakowało to coś w połączeniu dobrego chmielu, z naszej piwniczki, która niestety świeci pustkami...

Psy wyją za oknem, północ się zbliża. I cóż tu począć, gdy świeca już się ze stojakiem pali. Ojojoj, było się rozwodzić głupcze na temat, pantofelków, teraz masz. Trzeba kolejną świecę, z tej ogromnej szafy wyszarpać. A tak mi się nie chce tyłka dźwigać, no bo jak, skoro taborecik się tak zagrzał, a posadzka na pewno zimna jak cholera. A butów nie mam jak zwykle. Niech będzie, moja wina. Muszę to do ranka nakreślić, Pan obiecał, że przyjedzie skoro świt. A On lubi wczesne poranki, gdy mi jeszcze po głowie sny się wiją, on puka do drzwi. Pewno już teraz smacznie śpi, bru uuu, jak zimno będzie w stopki, moje niewielkie. Nie ma rady, trzeba wspomnieć jeszcze o tej tabakierce malowanej. Idę, niech mnie ziemia pochłonie, ale idę...

No ładnie się pali. Ale jak mnie wyginało po drodze, opowiadać nawet wam nie będę, bo to nie miłe. Świecę w każdym razie wymieniłem, choć miałem oszczędzać, no ale jak tu oszczędzać, gdy się nie umie, zwięźle kreślić słów. Trzeba wziąć przykład z innych fachowców z tej dziedziny, oni jakoś, lepiej wiążą słowa do kupy, no i świece mają! A jak ja będę studiował dzieła wielkich malarzy, rzeźbiarzy i architektów mistrza Vassariego! Daj Boże, żeby się opis panu nadał, i jakieś wynagrodzenie otrzymał. Pojechałbym jeszcze rankiem, na targ. Tam świec pod dostatkiem. Kochane świecidełka, co ja bez was bym robił...

Tabakierka papierowa, ładnie opatrzona. Słyszałem, i czytałam z ksiąg różnych na ten temat, że Pan Bernard, najlepszych artystów do swego przemysłu zatrudnia. Ja nie wątpię, ni odrobiny, że oni są najlepsi. No bo jak, można tak namalować mnicha, jak ja widzę na Klostermisung. No jak?! Sam nie raz chwytałem za pędzel i próbowałem coś gryzmolić, ale gdzie tam z tymi moimi powyginanymi łapskami. A tutaj cóż za precyzja, przecie widać idealnie wyraz jaki "maluje" się na twarzy starego mnicha. No niech jeszcze raz oko me nacieszy się tym portrecikiem. Nie wiem jaki braciszek Bernardyn pozował do tego małego dzieła, ale rzemieślnik użył całej swojej wiedzy malarskiej, i zaklną go w tej pozie. Spoziera na nas, lekko w bok, ze swym szczerym uśmiechem na twarzy. To taki specyficzny uśmieszek. Zdaje się, że popełnia on mały niewinny grzech, niuchając samotnie. Ale jego niewielka, karzełkowata dusza śmieje się wraz z nim! No doskonale. W prawej swej ręce trzyma szczyptę tabaczki, a w lewej drewnianą tabakierę. Wieko zostawił na stole. O góry piękny napis, o szczególnie wdzięcznym liternictwie "Schnupftabake", a u dołu zamknięty na czerwonym suknie tytuł: "Klostermischung". Całość otoczona zgrabną rameczką. No mnie, aż nogi pod stołem się wiercą, jak patrzę na ten wyrób. Całość otoczona jakże niemiecką czcionką, którą sporządzili wyborni liternicy. Gdy odwróciłem pudełko, napotkałem na piękną pieczęć z herbem. Kto jak kto, ale pan Bernard potrafi się zachować na poziomie. Nikt w całych Niemczech nie potrafi oprawić tak swojego skarbu.

Tusz już na dnie, skrobię tym i skrobię. Już więcej nie dam rady. Ale jak przeglądnąłem zwoje, to muszę przyznać, że opis jest słuszny jak i słuszna jest tabaka. Cóż mi pozostaje, jak zleźć z mojego taborecika ukochanego, i owinąć się w jakiś worek. Rano, wcześnie muszę mego Pana powitać. Jak zwykle przyrządzę jakiś ziół pitnych i porozmawiamy przy wspólnej uczcie, o tym mym tworze. Oj już nie mogę się doczekać, gdy znów rano będę mógł poczęstować mego Pana, Klostermischung. Niebo gwiaździste nade mną - spokój we mnie. Dobrej nocy kochana.

Skryba
sleo
  • Producent : Bernard Tabak
  • Waga : 50g.
  • Zmielenie : Gruboziarniste
  • Smak : Słodki specjał
  • Dostępność : B. Mała
  • Cena : 20 PLN
  • Dodatkowe : Słodki smak karczm niemieckich

powrót do działu Bernard