„Tabakę można opisać prawdziwie, jedynie wtedy,
  gdy nazwa Jej, co na wieczku wygrawerowana -
  zetrze się całkiem...”

 

Praca w lesie to zajęcie tak samo trudne jak i piękne. Stachura nazwał ową poezję najpiękniej jak dotąd słyszałem – „Siekierezada”. Kto choć raz w życiu miał możliwość, zaczerpnięcia powietrza leśnego po wielu godzinach pracy, siedząc na pniu, wraz z swym potem co na czole się rozłożył, jedząc kanapkę co ją kobieta życia własnymi rękoma przygotowała – być może wie o czym prawię. Mam to złoto bezcenne – że mógłbym przestać w tym momencie sączyć herbatę – tą samą co krew twórczo zagrzewa i ruszyć w stronę nieba. Gdybym tam dotarł – oczy me ugłaskałby widok niezmierzonej przestrzeni lasu – zajęło bym mi to piętnaście minut – lecz zostanę z wami i powiem wam jak smakuje las. 

Szczęśliwymi nazwał bym tych co ranki oglądać mają możliwość. Nie te zwyczajne - bez śniadania, z bólem głowy, co rozpoczynają żywot swój o godzinie jedenastej. Piszę o tych innych – porankach magicznych – lirycznych – ozdobionych cieniem nocy – prześwitującą i jakże zmysłową sukienką, co mgła zwie się. Bowiem poranek poety - drwala rozpoczyna się właśnie wówczas. Gdy wielu z Nas owładniętych snem, nieświadomość swą zażywa – sącząc tak smakowicie czas śmierci ducha. Oni wówczas budzą się – we krwi budzik swój mają. W umyśle swym poczucie nowego dnia świta, na łożu swym sami lub z kobietą swą pocałunkiem czas odpoczynku żegnają. Podobni do okruch chleba, co na ceracie stołu kuchennego, tworzą być może największe z dzieł abstrakcji – tak samo Oni spoczywają na taborecie z nożem w ręku, dzieląc bochenek na części siły swej – chleb skracają by siły zażyć. Gdy w powietrzu kuchennym, przestrzeń pokrywa się transparentnymi wzorami orientalnymi, znaczy że drwal kawę piję, znaczy dalej to, że pora by buty ubrał, by kurtkę wdział, by siekierą i nożem się ozdobił...

W lesie różnie czas spędzać można - odpoczywając, zwiedzając, poznając, pracując, szukając, gubiąc, pisząc, zbierając, malując, podróżując, fotografując, spacerując... Sposobów jest tyle co drzew w lesie. To ballada o drwalach – czyli o smaku lasu, dlatego „praca” będzie tu główną Panią, co nogi wysmukłe i całą postać swą zaprezentować będzie mogła. Drwal jest zasadniczo kolekcjonerem drewna. W świecie owych pasjonatów wyróżnia się podziały różnorakie. Nie chodzi w myśli tej o imiona drzew takich jak: sosna, buk, dąb, jasion czy modrzew (choć ten podział oczywiście też obowiązuje) lecz o drewno już ścięte. Drwal ścina drzewa jakie spotka, lub jakie znak na sobie mają (chodzi o specjalną klasę drzew oznaczonych przez leśniczego lapidarnym znakiem graficznym – kropką, co klasyfikuje je do tych co stać już nie mają). 
Dlatego pierwsze dni drwala w nowym lesie to inicjacja własnej postaci w przestrzeni leśnej. Chodzi o przystosowanie się i zwiedzenie go – poznanie – w jak największym obszarze. Każdy drwal dostaje swe terytorium które musi odkryć, trwa to zazwyczaj kilka dni roboczych od świtu do późnego popołudnia – zwanego przez drwalów nocą. Gdy z pozoru najpiękniejszy okres mija, drwal przystępuje do pracy. Zawód jego w owym okresie polega na metodycznemu ścinaniu drzew. Robi to zazwyczaj w dużych ilościach – powiedzmy że dziennie jest w stanie uporać się z dziesiątkami drzew w lesie. Praca drwala jest etapowa, gdy minie już dwa stopnie, przychodzi oczyszczanie ściętego drzewa z konarów, gałęzi, i innych dodatków. W czasie tym dzieli się także sam trzon drzewa na jednakowej długości odcinki. I właśnie dopiero tu można wspomnieć o klasyfikacji drewna, zanim zostaną opisane kolejne etapy na schodach drwala.

Kubik to określeni leśników. Wygląda on niesamowicie malarsko w swej matematyce zewnętrznej – jest to metr na szerokość, metr na długość i metr na wysokość drewna złożonego w kupkę. Niesamowicie nieporadny (na pierwszy rzut oka) system pomiarowy, w życiu leśnym jest bezbłędnie praktyczną metodą podziału łupu drzewnego. Nazwa pochodzi wprost z Niemiec, i wprost „metr” znaczy w mowie naszych sąsiadów. Zazwyczaj – znów że praktycznie, sam kubik wydłuża się na długość, na wysokość niezmiennym pozostając. Tworzy niejaki drewniany wagon złożony z metrówek ścisłe poukładanych. I wówczas wiemy widząc z daleka długie ściany drewna, że na wysokość mają metr, a na długość szacujemy już przy użyciu przymiaru, by obliczyć dokładną ilość kubików drewna. A robi się to wszystko po to, by w ostatnim etapie wywozu drewna z lasu, wiedzieć ile właśnie się go wynosi na barkach naczepy, ciągniętej zazwyczaj przez duży traktor leśny... Tak więc wiemy już o Kubiku. Teraz (to trochę skomplikowane jak dla mnie, dlatego wybaczcie o mistrzowie lasu, leśnicy, nadleśniczy, drwale – jeśli omylę się przeciw woli własnej) w jaki sposób zbudować taki kubik – z czego konkretnie. Z drewna, to oczywiste ale tu zaczyna się bardzo ciekawy podział ściętego drewna wg hierarchii występującej na obszarach zalesionych. Czyli od najwyższej pozycji...
„Dłużyca” to podstawa. Drewno najbardziej cenione, najdroższe zarazem. Oczywiści niech mnie nikt za ceny nie ściga po ulicach i ścieżkach – kubik dłużycy (gatunek też gra tu rolę, ale świadomie go pomijam) 300 do 450 polskich złotych. Dłużyca trafia zazwyczaj bezpośrednio do tartaku – jest uciechą meblarzy i stolarzy! Kochają ją. Nadaje się idealnie na długie deski, z których możemy zbudować Sobie np. stolik chiński, by rano z kobietą śniadanie na podłodze zjeść, by na nim miejsce na naszą tabakierkę się znalazło... Eh. Dłużyca to nic innego jak trzon właściwy drzewa. Od pnia po samą górę. Najbardziej smakowita część drzewa. Też ją kocham. Kończąc mowę o dłużycy, możemy wyobrazić sobie teraz spadające drzewo – leci z duża szybkością i upada z hukiem. Widzimy drwala biegającego skrzętnie z piła i siekierą, rozbierającego metodycznie drzewo z niepotrzebnych ciuszków. Odpadają konary, odnogi, drobne gałązki. Po chwili – wygodnie – na ściółce leśnej spoczywa wielka rzeźba, monument – tak to właśnie dłużyca, miło się na niej siedzi w przerwie od pracy, nogami kołysząc...
„Metrówka” to zaraz po dłużycy najbardziej modna skala drewna. Chyba najbardziej miła dla oka, pocieszna i powodzenie największe mająca. To ona stanowi te słynne „wagony” leśne. Te klasyczne kubiki. Metrówka bowiem to konar, bądź grubsza gałąź o długości metra. Nie może mieć mniej niż 7 cm w obwodzie, ponieważ wówczas spada do innej kategorii, o której za chwilę. Nie może mieć również (i tu do końca nie jestem pewien, wybaczcie) więcej niż 20 cm – ponieważ wówczas dłużycą staje się, i inaczej jest traktowana, a także ceniona. Oczywiście można taki pniaczek o średnicy nawet 60 cm na troje przeszczepić. Metrówki składa się w kupy – starannie modelowane. Metr na wysokość mają, a ciągną się czasem i na 15, 20 i wówczas to są właśnie te kubiki często w większych lasach spotykane i mile widziane. Kubik metrówek kosztuje około 80 złotych (buk, grab) można kupić nawet za 50, 60 polskich złotych, ale to już gorsza klasa drewna mniej kalorii przeliczanej na moc – ciepło w sobie mających, czyli dajmy na to brzoza, czy tam jakaś olcha...  
„Papierówka” to nic innego jak gałęzie i mniejsze konary (nie przekraczające siedmiu centymetrów w obwodzie) składane również w klasycznych kubikach... Czyli po prostu metr mające na długość. Długo się je konstruuje, i to chyba najbardziej misternie pleciony kubik o jakim można mieć pojęcie... Możemy juz wejść w posiadanie takiej paczuszki za 30 czy 40 polskich złotych... W sumie rzadko można spotkać takie kubiki, ponieważ wypiera je... 
„Gałęziówka” - tak to ostatni ze znanych mi podziałów drewna. Stoi najniżej w hierarchii podziału drewna ściętego. Gałęziówka powstaje w wyniku sprzątania lasu z gałązek, konarów i wszystkiego innego co po drzewie ogołoconym pozostało na ściółce w promieniu wielu metrów... Czym się różni od papierówki – średnicą nie... Natomiast długością. Po prostu gałęzie i konary składa się na wielką kupę, bez obawy o wymiar. Jest to jedna wielka i nieokrzesana wieża, niczym gniazdo utkana... Później się ją przelicza na co... Oczywiście, że na kubiki. Mierzy sie wysokość owej „kupy” mierzy się długość, i dzieli sie przez jakiś współczynnik, którego niestety nie znam... Za dwa banknoty po 10 naszych złotych, możesz sobie kupić choćby jutro kubik takich gałęzi i różnych leśnych skarbów...  


Na ostatnich wakacjach pracowałem jako drwal w borach małopolskich. Poznałem wiele cudownych miejsc, nasyciłem się powietrzem (bezcenne) i popracowałem bezbłędnie przez pewien okres mego życia. Tęsknie za tymi lasami... Nigdy takich wielkich nie widziałem – będąc oczywiście w środku. Jechałem (bezpośrednio już w lesie) siedem kilometrów wznosząc się bez przerwy ku niebu. Drzew, z każdym metrem pokonanym Jeepem przybywało. Po siedmiu kilometrach przesiadaliśmy się na monstrualne traktory, przystosowane specjalnie do potrzeb leśnych. Dalej nimi – ponieważ żadne auto na Ziemi nie dało by rady przedrzeć się przez te „trasy” - czasem na żywo tworzone... Takim traktorem (najniebezpieczniejszy rajd mojego życia) gdzieś z trzy, cztery kilometry, udawało się przejechać. Mozolnie, czasem musieliśmy wysiąść, by jakąś przeszkodę siekierą potraktować, czasem zastanawialiśmy się długo jak pokonać kolejną niespodziankę – aż do samego końca, do momentu w którym dalej już się jechać nie dało. Użyć musiałeś innego środku lokomocji kwiatuszku, dobre buty to podstawa w lesie. Gdy wysiedliśmy, w wyludnionym i tajemniczym miejscu, wszyscy w skupieniu rozglądali się wokół, ze zmarszczonym czołem podziwiali wielkość lasu. Dreszcz przechodził po moim ciele, gdy patrzyłem na te oczy, pełne podziwu i szacunku do matki natury... Najstarszy drwal popatrzył na południe, zakręcił wąsem i rzekł: - Będzie jeszcze jakieś 30 kilometrów lasu do Słowacji. Reszta załogi w milczeniu zmiarkowała tą liczbę i przyjęła do świadomości. Nie ma czasu na sztuczną poezję w lesie. Ona się tab dzieje, zbędnych zdań tam nie usłyszysz. Każdy wie co ma robić, mi objaśniono w kilku zdaniach całą „filozofię”. Po prostu: „Do roboty Chłopy!” Zaczynaliśmy koło piątej rano, pracując czasem do osiemnastej, szesnastej... Ja zasadniczo zajmowałem się zbieraniem metrówek, i sztukowaniem gałęziówki na opał. Poznawaliśmy nowe obszary, nauczyliśmy się terenu, patrzyłem na drzewa jak na znane mi ulice, czy drogowskazy... To była cudowna praca, bezbłędna fizycznie – taka „ciężka”. Kiedyś przy końcu wakacji, gdy już wszystko dobrze poznałem i czułem się w lesie jak „swój”, koło godziny popołudniowej zostałem w lesie z dwoma najbliższymi drwalami. Spacerowaliśmy spokojnie, oglądaliśmy nowe drzewa, czasem zrobiliśmy jakąś małą kupkę gałęziówki... To był ten dzień – przepełniony magią po brzegi – oczywiście nie czuło się tego – i to to przede wszystkim świadczyło o baśni tamtych chwil... Zapuściłem sie samotnie w dłuższą wycieczkę po lesie, wychodziłem na drzewa, podziwiałem krajobrazy, spacerowałem oddychając spokojem i harmonią. Gdy wróciłem do mojej bazy, starsi koledzy rozmawiali z uśmiechem na twarzy opowiadając sobie jakieś ciekawe historie. Przysiadłem się, nawet nie zauważyli pochłonięci skupieniem i dialogiem... Po tej przerwie postanowiliśmy zbudować kilka kubików gałęziówki, którą znaleźliśmy niżej w małym kanionie. Pracowaliśmy w pocie czoła przez kilka godzin , bez słowa, bez przerwy...

Usiadłem na pniu. Alpinę zażywam już od przeszło pięciu lat. Nawet zdarzyło mi się ją opisać. To jedna z najbardziej baśniowych tabak i zapachów jakie kiedykolwiek poznałem. Jednak nigdy w życiu nie mogłem zrozumieć w pełni tego zapachu, tego smaku. Nie potrafiłem rozróżnić jego cząstek. Wielkość i niesamowita słodycz przesłaniała mi wszystko inne. Tłumaczyłem to marnie „Anyżem” - wiedząc, że oszukuje siebie i innych po części... Ale nie potrafiłem drodzy, nie byłem w stanie rozszyfrować misternie uplecionego kodu smakowego, nie umiałem złamać szyfru bajecznej mikstury. To był smak, który niósł w sobie przepustkę do wspomnień. Do czasu zaginionego. Opary muskające nasze zmysły były iskrą do projektora, wyświetlającego całe karty różnych wizji i obrazów. Byle ją znaleźć, byle odszukać iskrę, by poczuć, by natrafić! Siedziałem z głową spuszczoną, trzymając ją na łokciach. Spojrzałam na prawą kieszeń, znany kształt rozweselił mą zmęczoną twarz. Znalazłem, w jakichś dawno nie wdziewanych spodniach Alpinę... Bez namysłu sięgnąłem po nią, obracałem tabakierkę w ręku, ciesząc się ogromnie. Kilka razy ją otworzyłem, bawiąc się mechanizmem... Bez jakiegokolwiek namysłu, powąchałem wnętrze – świeża, odparłem triumfalnie! Podszedłem do mych przyjaciół, częstując ich w uśmiechu. Wróciłem na swój pień i w skupieniu zażyłem tabakę równo z nimi. Zapadła cisza, zamknąłem oczy...

Mała ścieżka, a wokół niej jagody. Siedzę na drzewie kołysząc nogami i patrze na zachodzące w o dalii słońce. Spadam na leśny dywan, turlam się po nim jak szalony. To dywan leśnej ściółki, są tam liście, małe kwiat, mech i jagody... Skąpane w letnim słońcu pachną tak cudownie. To baśniowy las, gdzie drzewa potrafią ze sobą rozmawiać, a małe oczka wodne zdobią magiczne przestrzenie. Można tu spotkać leśne stworzenia, chowają się na drzewach, tam wysoko mają swe domki. Chodząc po nim, zobaczysz polankę, zobaczysz znów krzaki pełne nieznanych, kolorowych kuleczek, bawisz się nimi, przewracając je w dłoni. Leżąc na małej polanie, spotkanej w głębi monstrualnego lasu, poczujesz dokładnie smak lasu. Cujesz delikatną magie, w każdym oddechu. Tak właśnie pachnie matka natura – tyle, że tak bardzo literacko, tak baśniowo i magicznie! Niewiele brakuje byś idąc dalej spotkał, niziołka idącego w towarzystwie elfa, gdybyś ich miną, poczułbyś z pewnością nieporadny smaczek wydobywający się z ich tobołków, wypchanych po brzegi nieznanymi przyprawami. Widzisz znachora, podróżującego samotnie. Widzisz go z góry, siedząc znów na drzewie. On już wie, że tam jestem od dawna – nikt tak jak on nie zna lasów – wie gdzie można odszukać leki, gdzie kryją się zapachy, mistyczne zioła i rośliny. W swej głębokiej kieszeni podartego płaszcza, widzę garść przypraw... Małych listków. Czuję je dobitnie, gdy pochylę się niżej... Biegam po lesie do samego końca tego pięknego dnia – wówczas czuję na całej długości, w poszczególnych kadrach – wielka mikstura, która zdradza nam całą prawdę o lasach, o drzewach, o roślinach, o wielkich baśniowych borach. Czuję ją w każdej sekundzie, w każdym momencie – lecz prawdziwy zapach i klimat lasu to nieznana suma wielu poszczególnych smaków, miejsc, zagajników i historii. W małej kupce brązowego pyłu zaklęte jest to wszystko – całe wielkie i niezmierzone projekcje bajkowych historii, pracowitych dni. Poczułem tam cały las, całe niezmierzone hektary niebezpiecznych i tajemniczych miejsc. To niesamowite – tyle wspomnień przeleciało mi przez głowę, widziałem siebie spacerującego pierwszy raz z dziadkiem i psem po bardzo małym lesie, widziałem wszystkie wspinaczki po drzewach, zobaczyłem moje ostatnie wakacje w pracy – wszystkie samotne podróże, gdy próbowałem odnaleźć serce lasu... Gdy byłem bardzo mały, zacząłem iść w górę strumienia wraz z bratem. Szliśmy wiele kilometrów w górę strumienia, zapuściliśmy się taka bardzo daleko. Wiele rozdroży męczyło nas strasznie, ale chcieliśmy za wszelka cenę, odkryć serce lasu – odnaleźć źródło – matkę, która rodzi naszą rzekę. Wtedy nam się nie udało. Kolejne i kolejne rozdroża, coraz mniejsza rzeczka, coraz ciemniej. Zwątpienie i strach wygrał tamtym razem...

  Teraz już wiem jak smakuje las, poczułem go wtedy, szukałem go przez całe życie. Teraz już wiem gdzie go mogę odnaleźć... Teraz już wiem jak smakuje las. 


- Zrobiło się już ciemno chłopaki. Wracamy. Podniosłem się z pnia powoli. Czar prysnął, lecz był nadal wokół mnie. Przed chwilą wróciłem do domu, nie mogłem doczekać się czarnego tuszu i choćby małego skrawka kartki... Kończę właśnie trzeci kubek zielonej herbaty, zatabaczę raz jeszcze Alpinę by przenieść się tam z powrotem... 
 

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. , 2007
  • Producent : Pöschl Tabak
  • Waga : 10g.
  • Zmielenie : Średnie
  • Smak : Owoce leśne
  • Dostępność : Mała (chodzi o wersję Niemiecką)
  • Cena : 4,5 - 12 PLN
  • Dodatkowe : Unikalne zamknięcie, wiosenny smak

powrót do działu Pöschl