


Czyż uwierzył by kto, że tabaka może zamroczyć kręgi zacnych snufferów... ? Pod słowem zamroczyć kryje się: owczy pęd, niemoralna podnieta, zwierzęcy instynkt... A jednak sam widziałem jak wylęga się zbójecka myśl, w kręgach niąchaczy.
Sprawcą całej dezorientacji był pan "Banana", syn Kendala. Niesłychane jak niewinne słowo "Banana", może swą zacnością zachęcić do walki o zdobycie tego profitu. Gdy zamawialiśmy tabaki w naszych stronach, wszyscy niemal rzucili się na banany. Każdy chciał mieć swój jedyny. W pewnym krytycznym momencie ktoś warknął: "To zamów 3 Banana i będzie spokój" Na szczęście negocjacje pokojowe, sprowadziły z Warszawy siedmiu żołnierzy... Bierzemy po raz drugi na komisje wojskową partyzanta "Banana". Który, jak cytuje: "Znieważył prawa dotychczas panujące, i zasiewał zalążki buntu." ( Siedzę właśnie za biurkiem. Jestem głową komisji. Zaraz odbędzie się przesłuchanie, którego będziecie świadkami. Ale przed nim, chcę zaznaczyć na zawsze: "Tabaka z natury zbliża ludzi do siebie. To ludzie z natury oddalają się od siebie.")
Banana! Wymaszerować! Baczność! Spocznij... Dobrze, taa. By nie przedłużać, powiem wprost. Proszę odpowiadać szczerze, zwięźle i nie odbiegać zanadto od wypowiedzi. Wszystkim nam zależy na czasie... Rozumiemy się? Na pewno... Maszynista, zanotować u samej góry: Kolor skóry, jasny ugier. Zbity lecz jak na krew Angielską sypki jak cholera. W gardło człowiekowi nie strzela. Zaczynamy. - Proszę scharakteryzować swoje wnętrze, ale na razie tak ogólnie, tak jakoby spotkał się kto z panem po raz pierwszy... co czuje wówczas.
- Ludzie zwą mnie Banana. Ale jeśli chodzi o "pierwszy węch" to słowo nie oddaje w pełni znaczenia. Bliźni czują we mnie może i jakiś okruch tego owocu, gdy zmierzą mnie nosem, ale szybko dochodzą do konkluzji, że siedzi coś więcej w mej duszy. Niezbadana słodkość laboratoryjna, taka chemiczna niemal. Ale przyjemna!
- Rozumiem.Zanotować: Pierwsze odczucia. Lekka woń bananów z domieszką słodyczy chemiczno, laboratoryjnej. Podobna do syropu owocowego. Dobrze panie Banana, ten wątek z pańskiego życia, wie pan ten "chemiczno - laboratoryjny" jest śmierdzącą sprawą w pańskich aktach. Ale przejdźmy do opisu bliższego, taa... Gdy ktoś poczuł pana na własnej skórze. Lub jak to u was w koszarach mówią: "Na własnej krwi"
- Tu sprawa panie kapralu sleo ma się znacznie gorzej... Jestem straszliwie ostry przy pierwszym spotkaniu. Uderzam z nieopisaną siłą w "ciało", które inicjuje... To wielka wada wiem, ludzie krzywią się na to spotkanie i nie raz klną na tą szorstkość. Ale są i tacy, niech pan uwierzy co lubią tą pierwszą woń. Ale jest ich niewielu... Większość krzywi się, a niedoświadczeni płaczą nawet! Do pewnego momentu. Później staje się taki obojętny, oschły, stłumiony...pusty. Ale tylko na kilka sekund. To głucha pozostałość po mocnym uderzeniu. Zaraz po tym dzieje się cud. Moje prawdziwe, choć nieco chemiczne oblicze promienieje, paruje dla przyjaciela z którym się zetknąłem. To moment górujący w spotkaniu. Ludzie szybko zapominają o moich pierwszy wybrykach i chwalą mnie grubo. Bo i zresztą mają do tego powody. W tej chwili o której opowiadam jestem, mówiąc nieskromnie straszliwie smaczny! To tyle o spotkaniu "nos w nos".
- Widzi pan! Taki milusi... taa. Maszynista zanotował mam nadzieje, taa. Dobrze. A z tą, chemią panie Banana. To śmierdzi mi tu pozerką. Tak jakby chciał pan podrobić prawdziwy zapach bananów. Niemożliwe na dzień dzisiejszy... he he he. Wiem, że 99% ludzi porzuca pana po tym procesie, zresztą jest to naturalne. Wydalają pana, wysmarkują... Proszę opisać ten stan.
- Tu sprawa jest prosta. Panie kapralu, ale nie rozumie tego do końca. Gdy znikam "fizycznie" z ciała, które nawiedziłem ludzie wówczas prawią: Ten banana, gdy już go nie ma na "wyciągnięcie nosa", człowiek rozumie jaki on był dobry. Ale zawsze tak mówią, zaraz po zniknięciu. Wtedy czują mnie takiego prawdziwego... Nawet bez tej zgryzoty życia mego jaką jest chemia. Świeże banany po prostu.
- Rozumiem. Ciekawa rzecz, notować! Niech pan powie na koniec, panie Banana co pan myśli na temat wątku swojego życia o tytule "chemia".
- No cóż. Myślę że to wina mych ojców. Ludzi odpowiedzialnych za płód, produkcję. Trzeba panu wiedzieć, że ojciec mój Kendal z Anglii ma liczną grupkę swych pociech. Niektórzy co lubią plotkować, naliczyli ich się 28! Złośliwi szepcą, że to chałtura. Ale nie ma się co dziwić. To niemożliwe wychować każdego z miłością. To podstawowy błąd mojego ojca. Do mego wnętrza nalano zbyt mało miłości, panie kapralu... Za mało miłości...
- Rozumiem. Odmaszerować! Teraz trzeba napisać raport... Jak zacząć... W ogóle nie mam talentu do tych opisów wszystkich. Nie wiem jak do tego zabrać się. Nic to. Spróbuję.
"Banana. Syn starego Kendala z Anglii. Z krwi Samuel Gaiwth. Młodzieniec oryginalny, mimo kilku wad zostaje w wojsku... Myślę że jego ciekawa osobowość jest warta poznania...